Konsument – glon, czyli o tym jak firmy traktują konsumentów

konsumentglon

Mój wczorajszy komentarz z Gazety Prawnej:

 

Ostatni kwartał roku to dla bankowców intensywny okres. Pracują ciężko nad nowymi cennikami opłat. Jest to jeden z niewielu przypadków, kiedy konsument nie ma powodu do radości, że ktoś mozoli się nad usługami, z których korzysta. Bo to oznacza, że od nowego roku zapłacimy więcej.

Najciężej pracują przedstawiciele instytucji, w których „dostajemy wszystko za darmo”. Ale do czasu. Chodzi przecież o to, żeby zarzucić przynętę, na którą skusi się cała ławica konsumentów. Potem stadko ląduje w wiadrze: złowione, więc nie trzeba już go wabić. Najwyżej kilka rybek wyskoczy z wiadra. Ważne, by większość została.

Ale uczciwie powiedzmy, że banki mają przynajmniej dla zmiany cenników usprawiedliwienie: niższe stopy procentowe, które przekładają się na niższe oprocentowanie kredytów, a więc na mniejsze zyski. Model działalności polegający na przyciągnięciu do siebie klienta, a następnie oskubaniu go, jest popularny w większości branż. A złotą rybką jest tylko rybka nowa – dopiero zaczynająca korzystać z jakichś usług – albo rozważająca przeniesienie swoich pieniędzy od konkurencji. Stały klient bardziej przypomina glon – potrzebny, ale nikt nie myśli o jego dokarmianiu.

Tak być nie musi. Usługodawcy mają obowiązek poinformować o zmianie regulaminu (i cennika opłat), a my tego możemy nie zaakceptować. I poszukać sobie lepszego rybaka. Zatwierdzenie nowego regulaminu w internecie przychodzi nam jednak równie łatwo, jak zaakceptowanie, że strona korzysta z ciasteczek. A list z banku – jeśli nie mamy nic na sumieniu – wzbudza emocje podobne do wywołanych przez ulotkę reklamującą zdrowotną pościel. I tak będzie, dopóki konsumenci nie zrozumieją, że czas to pieniądz w pełnym tego słowa znaczeniu. Trzeba odpowiedzieć sobie, ile kosztuje nasz czas: ile jesteśmy w stanie stracić, by mieć wieczór wolny od wczytywania się w nowe regulaminy i tabele opłat? Dopóki bilans zysków i strat się zgadza – możemy spokojnie pływać w starym wiadrze.

źródło: http://edgp.gazetaprawna.pl/index.php?act=mprasa&sub=article&id=496256

Podziel się:
Posted in Handel, Prawo, Usługi | Tagged , , , | Leave a comment

Cienka czerwona linia

komtyg

Zmiany w ustawie o Krajowym Rejestrze Sądowym mają iść daleko. Na tyle, że niektórzy mówią o naruszeniu konstytucyjnego prawa własności. Własność nieprzerejestrowanych do KRS przedsiębiorstw ma bowiem przejść na Skarb Państwa. Ustawodawca nie był w stanie sobie poradzić z problemem przez 13 lat. Teraz chce się go pozbyć jednym błyskawicznym cięciem. Cięciem, na którym – zupełnie przy okazji – zyska. Wiceminister sprawiedliwości Jerzy Kozdroń uspokajał posłów w sejmowej komisji: „To nie jest niekonstytucyjne; to jest na granicy”.

Pamiętam, że tak samo na granicy był projekt nowelizacji prawa o zgromadzeniach. A następnie na granicy była sama ustawa. Ta, na której suchej nitki nie pozostawił Trybunał Konstytucyjny, orzekając, że ustawodawca poszedł o krok za daleko. Okazało się więc, że sędzia po raz kolejny wypaczył wynik. A przecież drużyna była tak dobrze przygotowana.

Posłowie i ministrowie jednak nie przypominają drużyny piłkarskiej. Są raczej jak skoczkowie w dal: dobiec jak najbliżej do linii, żeby polecieć jak najdalej. A jak się spali pierwszą próbę? Będzie druga. A po drugiej trzecia. W tych zawodach dyskwalifikacja w zasadzie nie grozi. Polski polityk mówi: „Inni nic nie robili latami, więc ja muszę zrobić natychmiast”. Problem pojawia się, gdy na dobrych chęciach nie poznaje się arbiter i efekt szalenie przecież potrzebnej pracy ląduje w koszu. Wtedy przychodzi następny zawodnik i znów naprawia świat.

Gdy byłem młodym chłopakiem, oglądałem fenomenalną polską sztafetę 4×400 m mężczyzn. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę sztafetę polityczną – gdy polityk jednej partii przekaże pałeczkę politykowi drugiej i razem stworzą coś, co nie będzie blisko ani falstartu, ani cienkiej czerwonej linii. A bieg nie będzie jedynie biegiem po wypłatę.

 

źródło: http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/832581,slowik-cienka-czerwona-linia.html

Podziel się:
Posted in Polityka, Prawo | Tagged , , | Leave a comment

Autorytarna autoryzacja, czyli rzecz o problemach polskiego wywiadu

Dziennikarstwo

 

Przeczytałem przed chwilą wywiad redaktorki Gazety Wyborczej z Joanną Erbel, kandydatką na prezydentkę (sic!) stolicy. Pozwólcie, że zacytuję wstęp:

Wywiad publikujemy w wersji nieautoryzowanej. Joanna Erbel proszona o autoryzację odesłała wywiad w postaci odbiegającej od faktycznego przebiegu rozmowy: zupełnie zmieniając niektóre swoje wypowiedzi, część pomijając, wypaczając sens innych. Rozmowę, w której konfrontowała się z trudnymi pytaniami i odmienną od swojej wizją społeczeństwa, zmieniła w pochlebną dla siebie autoprezentację wyborczą. Uważamy, że tak daleko idące zmiany są nadużyciem prawa do autoryzacji, która nie może być próbą napisania przez rozmówcę zupełnie nowego wywiadu, z wypowiedziami odmiennymi od tych, których rzeczywiście udzielił. Ponieważ między przeprowadzeniem a publikacją wywiadu do programu wyborczego Joanny Erbel wprowadzono poprawki, zaproponowaliśmy, aby sama w notce pod wywiadem zrelacjonowała zmiany. Pod wywiadem publikujemy informację otrzymaną od kandydatki.

Moim zdaniem Pani Erbel nie miała nic ciekawego do powiedzenia. To duże wyzwanie dla dziennikarza, gdy okazuje się, że rozmowa tak naprawdę nie bardzo nadaje się do publikacji, bo nic z niej nie wynika. Szkoda pracy – przeprowadzenie wywiadu wymaga poświęcenia sporej ilości czasu. Umówienie się z potencjalnym rozmówcą, przygotowanie do wywiadu (chociaż czytając niektóre materiały, odnoszę wrażenie, że etap przygotowania coraz częściej jest pomijany), przeprowadzenie rozmowy… A to nie koniec. Następnie żmudne spisanie słów, które padły podczas rozmowy, a na samym końcu autoryzowanie wypowiedzi.

Pominąłem jedną istotną rzecz: nie wystarczy spisać słowo w słowo rozmowy. Publikowany wywiad powinien być interesujący i tak jak ma przekazywać myśli rozmówcy, tak rzadko kiedy nadaje się do publikacji w wersji „słowo w słowo” z tym, co zostało powiedziane w trakcie spotkania. Nie o to przecież chodzi, by człowiek się stresował każdym wypowiedzianym słowem. Niech się otworzy, powie to, co myśli, a dziennikarz jest od tego, by to następnie ładnie ubrać w słowa.

Wojciech Kowalczyk w „Spalonym” stwierdził, że bardzo lubił udzielać wywiadów Pawłowi Zarzecznemu. Powiedział trzy zdania, a powstawał materiał na dwie strony. I to nie był problem, bo Kowalczyk mówił sobie pod nosem po przeczytaniu: „właśnie to chciałbym powiedzieć!”.

Czy tak powinno wyglądać dziennikarstwo? To trochę próba oszustwa – czytelnik jest zaskoczony, że ktoś powiedział coś sensownego, bo przecież w telewizji regularnie z siebie robi głupa, a tak naprawdę to dziennikarz wyciągnął z rozmowy dokładnie to, co chciał wyciągnąć, pomagając swojemu rozmówcy.

Może się więc zdarzyć, że udzielający wywiadu nie pozna materiału po otrzymaniu go do autoryzacji. Ale od tego jest autoryzacja. Gorzej gdy autoryzowanego wywiadu nie poznaje dziennikarz. To już jest poważniejsze oszustwo. Gazeta to nie miejsce na bezpłatną reklamę. Na tej zasadzie kandydat w wyborach – nawiązując sytuacji z Panią Erbel – mógłby przesłać swoje postulaty wyborcze, kasując wszystkie pytania, które uzna za niewygodne. A przecież najciekawsze są te materiały, w których ktoś musi coś wyjaśniać, a nie jedynie odpowiadać na pytania pokroju „jak panu/pani udało się tak wiele w życiu osiągnąć?”.

Z przedmiotowym wywiadem mam jednak problem. Tak jak nie zaakceptowałbym sytuacji, w której rozmówca narzuca mi to, jak ma wyglądać opublikowana rozmowa, tak nie publikowałbym także materiału w takiej formie, w jakiej został opublikowany. Całość sprawia wrażenie, jakby Redaktor Kęsicka chciała zrobić z Pani Erbel idiotkę. Nie mam pojęcia, kto jest gwiazdą – czy przeprowadzająca wywiad, czy kandydatka na prezydentkę.

Smutne jest, gdy człowiek się napracuje, a to co należałoby zrobić z efektami swojej pracy, to umieścić je w koszu na śmieci. W tym przypadku jednak tak byłoby najlepiej.

Podziel się:
Posted in Media, Społeczeństwo | Tagged , , , , | Leave a comment

PKP: nowocześnie, ale nadal w krainie absurdów

Dworzec Warszawa Wschodnia. Kilka minut po siódmej zjawiam się na peronie. Chwilę wcześniej podziwiam całkiem dobrze odrestaurowane dzieło Arseniusza Romanowicza. Nawet nie wiem, że rozpoczynam właśnie przygodę, o której najpierw będę opowiadał znajomym, a następnie ją opiszę.

TLK Intercity

 

Wchodzę po schodach, jestem na peronie. Blisko mnie kłębi się grupka kilkunastu kibiców piłkarskich w szalikach szczecińskiej Pogoni. Zmierzają do Łęcznej na ligowy mecz między Portowcami a Górnikiem. Na peronie znajduje się także kilkunastu – nawet jest ich więcej niż sympatyków futbolu – policjantów. W maskach, z bronią, gotowi do podjęcia interwencji.

Po kilku minutach kibice odjeżdżają pociągiem, a policjanci opuszczają peron. W zastępstwie, po paru chwilach, pojawia się pociąg Tanich Linii Kolejowych zmierzający do Terespola. Mój. Chyba mój. A może jednak to jakiś inny? Nie zgadza się numer pociągu znajdujący się na tablicy do niego przytwierdzonej z numerem widniejącym na moim bilecie. Wsiadać czy czekać na kolejny? Myślę sobie: „na ile często mogą wjeżdżać na dany peron danego warszawskiego dworca pociągi jadące do Terespola?” Wsiadam. Podobnie robi kilkunastu innych skonfudowanych pasażerów. W podjęciu decyzji pomógł nam fakt, że numer pociągu na bilecie od faktycznego różnił się zaledwie o jedną cyfrę. Gdyby różnica była większa, część osób zapewne czekałaby na lokomotywę, która się nie pojawi.

Wagon dwunasty, miejsce stojące. Nowoczesny skład: elektroniczne tablice, wygodne siedziska, chyba nawet dostępne WiFi. Tłoczno. Niektórzy pasażerowie mają bilety z gwarancją miejsca siedzącego. I tu kolejny problem: część miejsc nie istnieje. Dwóch gentlemanów zaczyna się szarpać, walcząc o siedzenie. Interweniuje konduktor.

- Ja mam miejsce któreś tam w wagonie jedenastym, które nie istnieje. Ale ten pan ma nieistniejące miejsce w wagonie czternastym! – oburza się jeden z walecznych pasażerów.

Argument trafia do konduktora: jedenastka jest bliżej dwunastki niżeli czternastka.

- To gdzie ja mam usiąść?! Pan mi wskaże moje miejsce! – nie odpuszcza drugi.

- A co ja panu poradzę, że PKP sprzedaje bilety na nieistniejące miejsca? Weź pan podsiądź kogoś innego i nie rób pan zamieszania! – denerwuje się konduktor.

…tylko nie ma już gdzie usiąść. Grupa dzieci wracających z jakichś zawodów, chyba tanecznych, siada na łączniku (mostku?), zajmując całe przejście. Mieli nawet chyba rezerwację miejsc, ale niestety trafili na nieistniejące numerki. Nie każdy mógł wygrać w tej grze.

Jechałem dwie godziny. W tłoku, gorącu – powinienem być zły. A przez całą drogę byłem uśmiechnięty od ucha do ucha. PKP może zapewniać bezprzewodowy Internet w pociągach, może serwować najbardziej wykwintne dania, ale jedno się póki co nie zmienia. Jazda pociągiem nadal pozostaje elementem polskiego folkloru i najlepiej to po prostu zaakceptować.

Podziel się:
Posted in Komunikacja, Usługi | Tagged , , | Leave a comment

Kodeina – zabójca z każdej apteki

Kodeina jest jedną z substancji opioidowych i pochodną morfiny. Jest także głównym składnikiem takich leków jak Antidol 15 czy Thiocodin. Ten pierwszy to lek przeciwbólowy, drugi zaś stosowany jest przede wszystkim jako lek na kaszel. A czemu o tym wszystkim piszę?

 

Jakiś czas temu dużo mówiło się o syropie na kaszel o nazwie Tussipect. Okazało się, że ten specyfik, ze względu na chlorowodorek efedryny w składzie, zażywany jest nie tylko przez zmagających się z chorobą, lecz również – a może nawet przede wszystkim – przez żądną wrażeń młodzież. Powody były różne – stres, chęć osiągania lepszych wyników sportowych, presja związana z nauką oraz oczywiście chęć spróbowania czegoś nowego, sprawdzenia, jak reaguje organizm.

Tussipect odszedł w zasadzie w zapomnienie, ale rynek nie znosi próżni. Miejsce syropu na kaszel zastąpiła kodeina, która jest niestety znacznie bardziej niebezpieczna.

 

„Koda jest najlepsza, bo jest tania, bezpieczna i nie uzależnia. No i łatwo ją dostać” – powiedział mi chłopak udzielający się w internetowej społeczności  zajmującej się wymianą wrażeń po zażyciu środków psychoaktywnych. Ma rację z tym, że kodeina jest tania. Dawkę zapewniającą „odjazd” można kupić już za około 15 zł. W porównaniu z innymi używkami to niewiele. Prawdą jest również to, że bardzo łatwo ją dostać – wystarczy pójść do najbliższej apteki i poprosić o Antidol 15 lub Thiocodin – są to tzw. leki OTC, czyli dostępne bez lekarskiej recepty. Popularność tych leków wśród młodych ludzi jest tak duża, że większość farmaceutów wie już, iż problemem klientów nie jest wcale kaszel czy bóle stawowe. Nie mają jednak powodu, by odmówić sprzedaży. Właśnie dzięki dostępności jest tak popularna (w tym miejscu należałoby zapytać jak popularna, ale nie ma niestety żadnych statystyk na ten temat), albowiem dostęp do narkotyków w Polsce, wbrew obiegowej opinii, wcale nie jest tak łatwy. Dlatego też nastolatki wybierają coś, co mogą bez kłopotu zdobyć. Ale czy mój rozmówca ma rację, twierdząc, że kodeina jest bezpieczna oraz nie uzależnia?

Nie czuję się ekspertem w dziedzinie substancji opioidowych, więc wierzę profesjonalistom oraz, co interesujące, wielu zażywającym, wypowiadającym się na forach. Twierdzą oni, że kodeina uzależnia – zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Części osób odczucia wywoływane przez kodeinę wystarczają, część szuka jeszcze mocniejszych wrażeń, przerzucając się z czasem na narkotyki. Warto w tym miejscu wspomnieć znanego większości… dr. House’a. On, jak pamiętamy, był uzależniony od Vicodinu. Substancja czynna co prawda inna, ale zasada ta sama.

Bez cienia wątpliwości mogę z kolei stwierdzić, że kodeina jako „metoda na odjazd” nie jest bezpieczna. Jeżeli dawka dzienna jakiejś substancji wynosi od 30 do 60 mg, a ktoś zażywa od 300 do 600 mg i najczęściej miesza to z alkoholem – nie może czuć się bezpiecznie. Jeszcze większym problemem jest to, że kodeina w najczęściej zażywanym Antidolu 15 jest zmieszana z paracetamolem. Znawcy tematu oddzielają te dwie substancje od siebie, narkotyzując się tylko tą pierwszą. Nieświadomi natomiast po prostu połkną 10-20 tabletek, w najlepszym razie niszcząc wątrobę, a w najgorszym… cóż, wiadomo co w najgorszym.

 

To, nad czym się zastanawiam, to jak można zapobiec narastającej fali narkotyzującej się młodzieży środkami, które może dostać każdy przy domu, szkole czy szpitalu. Czy należałoby preparaty zawierające kodeinę przerzucić do puli tych na receptę? Skoro państwo tak walczyło z dopalaczami, czemu nie robi nic by walczyć z wcale nie mniej groźnym zjawiskiem? A może to droga donikąd, bo chętni do zażywania tego typu środków znajdą wtedy coś nowego?

Podziel się:
Posted in Bezpieczeństwo, Zdrowie | Tagged , , , | 4 Comments

Agent Tomek pożycza samochody?

Tomasz Kaczmarek, czyli popularny Agent Tomek, rozbił Porsche Cayenne warte około pół miliona złotych. Pytanie brzmi: skąd je miał?

Kaczmarek śmiał się z pożyczonych zegarków Nowaka, a wygląda na to, że sam jeździł pożyczonym samochodem. Dlaczego zakładam, że Kaczmarka nie stać na auto warte około pół miliona złotych? Otóż warto zajrzeć do oświadczenia majątkowego byłego agenta (dostępne TUTAJ). Stwierdził on raptem 9 miesięcy temu, że wszystko co posiada, to 9 tysięcy złotych, niespełna 50-metrowe mieszkanie, 29-metrowe mieszkanie oraz audi A4. Do tego kredyty na ponad 230 tysięcy złotych. Czyżby postanowił spieniężyć cały swój majątek i zamieszkać w nowym samochodzie? A może jednak pożyczył?

Oj, coś nie mają ostatnio nasi posłowie szczęścia do oświadczeń majątkowych…

A dla ciekawych tego dlaczego doszło do wypadku, tu wyjaśnienie Tomasza Kaczmarka specjalnie dla Faktu: „Zapatrzyłem się, zamyśliłem, zagapiłem. Bo dzisiejsze wydarzenia polityczne, o tak ogromnej skali korupcji w naszym kraju spowodowały, że bardzo o tym myślałem. O stanie naszego państwa. I ten obraz był tak przerażający, że dojeżdżając do świateł uderzyłem w tył samochodu. Przyznaję się, to moja wina”. Ciężkie jest życie patrioty.

Podziel się:
Posted in Polityka, Tabloidy donoszą!, Urzędnicy | Tagged , , | Leave a comment

[POLITYKA] Wpadki, że mucha nie siada – pożegnanie minister Muchy

Dwa lata spędzone z Joanną Muchą dla wszystkich fanów sportu były ekscytujące. Minister sportu (i turystyki tak przy okazji) dla wielu była blondynką z dowcipów (mimo ciemniejszych włosów), której trzeba tłumaczyć, czym jest spalony, a i tak wiadomo, że nie zrozumie.

Aż tak źle z Joanną Muchą nie było, ale przytrafiło jej się kilka wpadek. I ten wpis jest właśnie wspomnieniem tych wpadek. Ot tak, na pożegnanie.

 

Kontrowersje wokół minister sportu zaczęły się dość szybko. Pierwszym problemem okazały się decyzje personalne pani Joanny. Otóż wicedyrektorem Centralnego Ośrodka Sportu zrobiła swojego fryzjera. Tak przynajmniej informowały media. Trzeba przyznać, że informowały niezgodnie z prawdą, bo znajomy rzeczywiście był znajomym, ale nie był fryzjerem. Był właścicielem salonu fryzjerskiego, a to już tworzyło różnicę – w końcu miał doświadczenie w zarządzaniu. Niestety zrezygnował, mimo iż Joanna Mucha upierała się, by pozostał na stanowisku.

Pani minister stała się gwiazdą mediów również tuż przed rozpoczęciem EURO 2012. Powiedziała, że rosyjska drużyna narodowa nie powinna mieszkać w Hotelu Bristol, gdyż to po sąsiedzku z obrońcami krzyża i może dojść do zadymy. Następnego dnia powiedziała, że nic takiego nie powiedziała. Czy powiedziała, czy nie, po dziś dzień pozostaje to jedną z najistotniejszych nierozwiązanych zagadek III RP.

Po EURO 2012 wcale nie było lepiej. Dofinansowanie przez ministerstwo sportu koncertu Madonny, który odbył się na Stadionie Narodowym, zainteresował nie tylko widzów i internautów, lecz również prokuraturę. Czy sprawa była tego warta? Cóż, jak to śpiewała Madonna, ain’t no big deal.

Powyższe wpadki mogły razić, mogły wręcz prowadzić do odwołania minister Muchy, ale aż tak nie bawiły. Dużo ciekawsze były wypowiedzi pani Asi na temat sportu.

Warto przypomnieć, jak Joanna Mucha dziwiła się, kto wybrał drużyny do Superpucharu Polski i zastanawiała, czy nie można by ich wymienić:

 Mucha_Superpuchar

Kolejna wpadka przyszła nadspodziewanie szybko po poprzedniej. Mucha, udzielając wywiadu Konradowi Piaseckiemu, dała się wciągnąć w dyskusję na temat III ligi hokeja w Polsce. Stwierdziła między innymi, że są prowadzone analizy i zostaną podjęte właściwe działania. Sęk w tym, że jedynym działaniem, jakie minister Mucha w tej kwestii mogłaby podjąć, byłoby utworzenie III ligi hokeja.

Minister Mucha brylowała nie tylko w mediach, lecz także przed sejmową komisją sportu. Raczyła porównać się do Kazimierza Górskiego, twierdząc zarazem, że Górski został w Polsce wyklęty po zdobyciu srebrnego medalu MŚ w 1974 roku w Niemczech i musiał w związku z tym emigrować do Grecji. Minister Mucha co do zasady miała rację, ale pomyliła się o dwa lata – za porażkę uznano występ reprezentacji podczas Igrzysk Olimpijskich w 1976, nie zaś na mistrzostwach w 1974, co uznano za wielki sukces polskiej piłki.

 

Wpadek nie brakowało. Każda z nich bawiła lub szokowała. A jak tak patrzę na nie trochę przykurzone, z perspektywy czasu, to dochodzę do wniosku, że media zajmują się głupotami – na uwagę zasługiwałyby może ze dwie sytuacje spośród wyżej opisanych. Faktem jest jednak, że nowy minister sportu, Andrzej Biernat, z jednym się dzisiaj pomylił. Powiedział, że w Polsce na sporcie się każdy zna. Cóż, nie każdy – Joanna Mucha się nie zna.

Podziel się:
Posted in Polityka, Urzędnicy | Tagged , | Leave a comment

[POLITYKA] Czas (na) Sławomira Nowaka

W art. 233 Kodeksu karnego stanowi się, że kto, składając zeznanie mające służyć za dowód w postępowaniu sądowym lub w innym postępowaniu prowadzonym na podstawie ustawy, zeznaje nieprawdę lub zataja prawdę, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Nie ma tu mowy o pomyłce, o tym, że się zapomniało, o umyślności czynu. Mimo wszystko nie widzę problemu w tym, że Sławomir Nowak „dość” późno się zreflektował i poprawił oświadczenie majątkowe – nie on pierwszy i zapewne także nie on ostatni.
Problem ze Sławomirem Nowakiem jako ministrem leży gdzie indziej. Na początku tej afery sporo się o tym mówiło, a teraz wygrał temat „Nowak – (być może) przestępca”. Otóż cała sytuacja pokazała jasno, iż Nowak utrzymywał (i zapewne utrzymuje nadal) bardzo zażyłe stosunki z biznesem. Czy to źle? W naszej kulturze, przede wszystkim tej politycznej, tak – to źle. I Sławomir Nowak bez wątpienia wiedział o tym, a mimo wszystko nie potrafił sobie odmówić wygód życia.
Co do końca kariery politycznej Nowaka byłbym ostrożny. Bez wątpienia przylgnie do niego łatka „one show man”, tak jak minister Siwiec do końca swoich dni będzie się wielu osobom kojarzył z ziemią kaliską i jej całowaniem w stanie wskazującym na wskazujący. Jednak Siwiec się jakoś w polityce odnalazł, więc czemu mielibyśmy zakładać, że nie odnajdzie się były już minister transportu?
Najwięcej zależy od wyroku sądu. Nie zgadzam się z opiniami niektórych polityków, którzy twierdzą, że „prokuratura zajmuje się głupotami, ciągając konstytucyjnego ministra po sądach o zegarek wart kilkanaście tysięcy”. Nie chodzi wcale o zegarek i nie chodzi również o to, że Nowak był ministrem (a dokładnej chodzi o to jedynie w zakresie obowiązku złożenia oświadczenia). Chodzi o to, że jest przepis ustawy penalizujący dany czyn i ten czyn został prawdopodobnie popełniony. W czym minister Nowak jest lepszy od radnego Kowalskiego, by przeciwko niemu wszczynać postępowania jedynie w sprawach o wartości – ot, rzucam liczbę – powyżej 100 tysięcy złotych?
Na miejscu polityków opozycji jednak również bym się powstrzymał od złośliwych komentarzy i przypisywania Nowakowi z góry winy. Wiem, że taka jest rola opozycji (zdaniem opozycji), ale sukces może okazać się wyjątkowo krótkotrwały. Jeżeli Sławomir Nowak nie zostanie skazany, wróci do aktywnego życia politycznego, a wtedy słowa o stronniczej prokuraturze i zależnym oraz zawisłym sądzie będą brzmiały bardzo blado.

Jeśli zaś ktoś jest ciekawy mojej opinii jako przyszłego prawnika, jak to się wszystko skończy, to w mojej ocenie albo sąd nadzwyczajnie złagodzi karę, albo umorzy postępowanie ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu.

Podziel się:
Posted in Polityka | Tagged , , , | Leave a comment

Czy warto walczyć o dziennikarski obiektywizm?

Skutkiem ostatniego Marszu Niepodległości jest nie tylko burza o tęczę czy rozważania na temat skuteczności polskiej policji. Przez Internet przetoczyła się fala krytyki wobec stronniczych dziennikarzy. Zarzuca się im, że prezentują swoje poglądy, zamiast pozwolić swoim gościom swobodnie się wypowiadać. Moim zdaniem ci dziennikarze nie robią nic złego.

 

Warto wyjaśnić kilka kwestii. Po pierwsze, to nieprawda, że poziom polskiego dziennikarstwa leci na łeb, na szyję. To nieprawda, że dopiero w ostatnich latach dziennikarze są agresywni wobec swoich gości. Po prostu zapominamy dość szybko o takich wydarzeniach. Ot, wystarczy sobie przypomnieć „dyskusję” Piotra Gembarowskiego z Marianem Krzaklewskim, która odbyła się 13 lat temu:

YouTube Preview Image

Czy Gembarowski przesadził? To w tym momencie bez znaczenia. Znaczenie ma to, że wcale nie jest tak, iż dopiero od niedawna dziennikarze pozwalają sobie na więcej.

Czy to źle, że pozwalają sobie na więcej? Moim zdaniem nie. Jest wielu dziennikarzy, którzy wcale nie ujawniają swoich sympatii politycznych w wywiadach ze swoimi gośćmi, lecz chcą, aby program był żywy, a nie przeistaczał się w manifesty polityczne. Dyskutują z zaproszonymi do studia, podpuszczają ich, czasem nawet atakują – ale to nie znaczy, że są nieobiektywni. Problem z dziennikarzami – w moim przekonaniu – jest gdzie indziej. Otóż coraz więcej dziennikarzy prezentuje poziom intelektualny, który nie licuje z tym zawodem. Pierwszy z brzegu przykład to dyskusja pani Agnieszki Gozdyry z Polsatu, której na jej miejscu bym się wstydził.

 gozdyra_twitter

To, że dziennikarz zachowa się agresywnie wobec swojego gościa to nie problem. Może gość dzięki temu powie coś błyskotliwego, ciekawego, czego nie powiedziałby, wygłaszając jedynie przygotowane wcześniej wystąpienie. Tak więc nie walczmy na siłę o dziennikarski obiektywizm.

To, że dziennikarz zachowa się agresywnie wobec swojego gościa to nie problem. Może gość dzięki temu powie coś błyskotliwego, ciekawego, czego nie powiedziałby, wygłaszając jedynie przygotowane wcześniej wystąpienie. Tak więc nie walczmy na siłę o dziennikarski obiektywizm, bo zdolnemu politykowi taki napastliwy dziennikarz może tylko pomóc, nie zaś zaszkodzić.

Podziel się:
Posted in Media, Społeczeństwo | Tagged , , | Leave a comment

Walcz z cukrzycą… ale z głową

Dzisiaj, być może część z Was wie, obchodzimy Światowy Dzień Cukrzycy. Co prawda moim zdaniem powinien to być Światowy Dzień Walki z Cukrzycą, ale z nazwami Światowych Dni się nie dyskutuje. To w ogóle ciekawe, bo tak jak 14 listopada mamy Światowy Dzień Cukrzycy, tak 27 czerwca Światowy Dzień Walki z Cukrzycą. No chyba, że w listopadzie mamy gloryfikować cukrzycę i mówić, jaka ona dobra… No ale to chyba nie tak…

Z przerażeniem słuchałem dzisiaj w radiu prezenterów, oglądałem redaktorów w telewizji i czytałem informacje w Internecie. Z przerażeniem albowiem w opinii wielu niedouczonych specjalistów powstawaniu cukrzycy winien jest… cukier. Co więc należy zrobić, aby nie zachorować na cukrzycę? „Nie spożywać cukru. Wyrzucić wszystkie węglowodany z diety, nie słodzić herbaty, nie słodzić kawy, nie jeść batonów. Wcinajmy sałatę, nie żałujmy sobie wołowiny i od wszystkiego co słodkie trzymajmy się z daleka”. Nie mam wykształcenia uprawniającego mnie do naukowych wyjaśnień, dlaczego ci pseudoeksperci gadają bzdury, niemniej jednak mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że gadają.

Pomijając aspekt, że to wcale nie nadmierne spożywanie cukru jest głównym winowajcą zachorowań na cukrzycę (która też dzieli się na typy tak swoją drogą), jak można w ogóle wierzyć w to, że od słodzenia herbaty nabawimy się cukrzycy? Absurd. Cukier – jak wszystko: w umiarkowanych ilościach – jest niezbędny człowiekowi. Polecam sprawdzić, jak reagują osoby z drastycznym spadkiem poziomu cukru we krwi (warto choćby obejrzeć niedawno wyemitowany materiał w TVN: KLIK).

Warto odnieść się jeszcze do jednego powielanego mitu. Otóż liczba zachorowań na cukrzycę dramatycznie rośnie. Czy to prawda, że rośnie? Bez wątpienia. Cukrzyca jest jedną z tak zwanych chorób cywilizacyjnych – nasz styl życia, mniej ruchu, zła dieta (co wcale nie oznacza, że polega ona na opychaniu się węglowodanami) niewątpliwie sprzyjają cukrzycy. To, co jednak wpływa na statystyki, a o czym często się zapomina, strasząc „cukrzycą – chorobą XXI wieku”, to fakt, że najzwyczajniej w świecie rośnie wykrywalność choroby.

Tak więc nawet 14 listopada, w dniu Światowego Dnia Cukrzycy, warto zastanowić się dwa razy nad tym, co serwują nam różnego rodzaju media, bo niektórzy potrafią wygadywać znacznie większe głupoty niż to, czym się na co dzień bulwersujemy.

Podziel się:
Posted in Społeczeństwo, Zdrowie | Tagged , , , | Leave a comment